WĘDKARSTWO

Moje pierwsze spotkanie z wędką było gdzieś w okolicach roku 1968. Mieszkałem wtedy w Rybniku. Bakcylem wędkarstwa zaraziłem się od mojego starszego brata. Tak się jakoś złożyło ze wybrałem się z nim na ryby – i to mi się spodobało. Były to inne czasy – o kołowrotku spinningowym nie było słychu – tzn. może i były, ale nie na kieszeń zwykłego młodego człowieka.  Wędki to bambusy. Dopiero w późniejszym okresie miałem teleskopy i kołowrotki spinningowe – zresztą jedne i drugie w początkowym okresie było trudno dostępne i dosyć drogie.

Podstawowa przynęta to było ciasto z chleba i ziemniaka a zanęta to chleb. Były w tedy w Rybniku dwa zarybione zbiorniki. O zbiorniku elektrowni to jeszcze wtedy nikt nie słyszał. Byłem też kilka razy w Drogomyślu na Wiśle – tam kończyła się woda górska a jeszcze nie był to zalew Goczałkowicki.

W roku 1977 przeprowadziłem się do Raciborza. No i tutaj to było „czyste eldorado”. Kilka zbiorników pożwirowych zwanych żwirownią. Były naprawdę dobrze zarybione – mnie to co teraz.

Obecnie też są te zbiorniku, ale to już nie te czasy. Gdzieś te ryby się pogubiły – owszem zarybiają, ale co z tego jak za parę dni już nie można nic złowić. Po zarybieniu znaleźć wolne stanowisko przez kilka dni graniczy z cudem. A później nie ma ryb. Albo te co są to się zaaklimatyzują, najedzą i tyle ich widzisz. Inna rzecz to co to za uciecha łowić oszołomione ( świeżo napuszczone) ryby? . O – przechytrzyć takie zaaklimatyzowane okazy to rozumiem. To samo dotyczy wędkowania w zbiornikach prywatnych komercyjnych. Tam złowienie ryby to żadna sztuka i przyjemność – przynajmniej dla mnie.

Aha – zapomniałem nadmienić, że moja małżonka jest tak samo „starym” wędkarzem jak ja – też ja w młodości zaraziłem bakcylem wędkarskim. Obecnie to raczej ona wyciąga mnie na ryby niż ja ją. Czasami wolałbym posiedzieć przed komputerem. Zresztą – obecnie trudno nas nazwać zapalonymi wędkarzami. Nad wodę jedziemy tylko przykładnej pogodzie i to rano gdzieś w godzinach 10:00 – 12:0o a wracamy ok. godz 19 czy 20. Oczywiście latem. Można rzec ze my jedziemy nad wodę to wędkarze wracają a my wracamy to wędkarze jada nad wodę. Ryb w zasadzie nie zabieramy – czasami większe okazy, jak dorodne liny, szczupaki itp.